Dlaczego o tym piszę
Jestem z tych, co zanim złożą szafkę, parokrotnie analizują
instrukcję, czytają cały tutorial przed napisaniem hello world a na
wakacje jadą z dokładnymi mapami okolicy. Gdy zaczynałem robić
Notatnik, także starałem się do tego jak najlepiej przygotować i
poświęciłem sporo czasu na czytanie o tekstów o blogowaniu, marketingu
w sieci i pokrewnych tematach. I - co przyznaję z pewnym wstydem -
większość z tego, co przeczytałem, brałem za dobrą monetę i dość długo
traktowałem serio.
Dzisiaj chciałbym tę sprawę zamknąć i rozliczyć. Jeśli czyta mnie
ktoś, kto bloguje (a zwłaszcza - zaczyna), może mu w czymś ten rant
pomoże. Innym może ... pomoże mieć trochę więcej tolerancji dla
początkujących bloggerów. Bo oni też mogli trafić na
probloggera (lub jeden z tysięcy jego klonów) albo
któryś z blogów o zarabianiu na blogach.
Aktywne blogowanie
Bloguj z palmtopa, z komórki, z pociągu, z wanny! Zrobiłeś zdjęcie?
Wrzucaj. Widziałeś fajny filmik na youtube? Wstawiaj. Dodałeś parę
stron do zakładek? Zrób z tego wpis "linkfest". Przeczytałeś coś
ciekawego? Przeklej (albo przetłumacz). Coś nieciekawego? Też
przeklej! Nie masz nic do powiedzenia? Nieważne, przepisuj co
bądź. Nie masz czasu nawet na to? Zatrudnij copywritera. Pisz krótkie
notki (długie źle się czyta) ale pisz często, codziennie a najlepiej
parę razy dziennie. Skonfiguruj sobie blogowanie z dodatku do
przeglądarki albo z maila, żeby było jak najszybciej.
To blogowe ADHD ma zagwarantować, że zaniepokojeni milczeniem
czytelnicy nie uciekną (notabene - te same źródła często rekomendują
usuwanie z czytników RSS rzadko aktualizowanych blogów, przy czym raz
na tydzień to już jest zwykle rzadko) a bloger pozostanie z nimi w
stałym kontakcie.
Obecnie traktuję takie zachowanie jako bezwstydną napaść na
czytelników, której jedynym celem jest podbicie odsłon a jak się da
to i kliknięć w reklamy. Żyjemy w czasach drastycznego nadmiaru
śmieciowej informacji.
Na szczęście te formy aktywności przenoszą się coraz mocniej na
Twittera i jego klony. Tam łatwiej je ignorować.
Promocja w social webie
Oto, co według rozmaitych autorytetów powinienem zrobić, jeśli
chciałbym trochę się zatroszczyć o promocję Notatnika (albo
czegokolwiek innego):
pobudować jak największe grupy znajomych na Facebooku i Naszej
Klasie, a następnie dbać o to by komunikacja z nimi była żywa i
regularna,
regularnie pisać na Twitterze, Blipie, Flakerze, Śledziku i
Spinaczu, na każdym z tych serwisów angażując się także w dyskusje,
budując sieci powiązań, śledząc tematyczne tagi itd, no i oczywiście
cały czas pozostając aktywnym,
zaangażować się w wykop, osnews/linuxnews, reddita, digga oraz
stumbleupon przynajmniej na tyle, by ktoś mi od czasu do czasu wykopywał
artykuły i by okazyjna próba wykopania własnego tekstu tonęła w innej
intensywnej działalności,
zaistnieć jako autorytet w społecznościowej części delicious i potem
wykorzystywać to do przemycania między ciekawymi linkami także własnych,
demonstrować swoją wiedzę i nawiązywać kontakty na goldenline oraz
linkedin,
tropić cudze blogi piszące na pokrewne tematy i gdy tylko trafi się
jakiś pretekst, wklejać w komentarze linki do swoich tekstów,
uczestniczyć w choć paru forach tematycznych (koniecznie waląc
linkami do artykułów w stopce),
od czasu do czasu wrzucić jakiś filmik na youtube, blip.tv czy inne vimeo,
oczywiście tagując go tematycznie i opatrując linkami do bloga,
nie zapomnieć też o publikowaniu fotek i screenshotów na flickrze,
oczywiście z odpowiednimi tagami,
wpiąć swoje blogi w technorati, mybloglog, 10przykazan, blogboksa,
planetę linuxnews, planetę python.pl
i jeszcze z sześćdziesiąt innych wiodących agregatorów, planet i
łączników,
czujnie śledzić paru guru piszących o social webie, by nie przegapić
nowych big bangów - przecież w każdej chwili może się okazać, że nie ma już
blogowania bez zajawek na tumblerze czy innym pingerze, że bez
Facebook Connect nikt mi już komentarza nie zostawi albo że
absolutnie muszę mieć wklejkę z Wave.
No - jeśli czyta mnie jakiś bloger, to do boju, powyższe 12 sposobów
na promocję Twojego bloga oddaję za darmo, chętnie i bez
najmniejszego żalu.
Oczywistym problemem powyższych zaleceń jest, że nie ma szans ich
zrealizować żaden człowiek o zdrowych zmysłach.
Stąd zapinanie mniej lub bardziej obłąkanych pajączków, w których -
np. - wypowiedź rzucona na blipie jest automatycznie kopiowana na
flakera, stamtąd w formie RSS trafia na twittera, śledzika i spinacza,
potem przez jakiś kolejny link jest propagowana na facebooka itd itp.
Dla uświadomienia sobie, na ile jest to naturalne, proponuję prosty
eksperyment myślowy: wyobraź sobie, że idziesz na obiad z
przyjaciółmi, niestety - rezygnując z tego powodu z grilla u innych
znajomych. Niemniej jednak, masz ze sobą jakiś nadajnik a do grillowych
znajomych podsyłasz głośniczek. I transmitujesz im wszystko, co
powiesz na obiedzie.
Z grubsza tak właśnie działa podgląd blipnięć na flakerze, flaknięć na
spinaczu czy twitnięć na facebooku. Ni stąd ni zowąd widzę fragmenty
jakiejś rozmowy, której całość jest dla mnie niedostępna, a jeśli
próbuję się do niej włączyć, nikt mnie nie słyszy.
Autopromocja w mediach i blogosferze
Wpisy gościnne na blogach, artykuły na serwisach tematycznych,
handel linkami wymiana linków i wszelkie inne sposoby
uzyskania dodatkowych odsyłaczy. Szczególnym może być syndykacja
swoich treści na jakimś (mikro)portalu czy innym serwisie tematycznym,
tu bardzo pouczająca jest wspominana dyskusja o współpracy dailytech z webhosting.
Ale przede wszystkim - liczyć się ma tu promocja własnej
osoby. Kreowanie własnego wizerunku jako eksperta, kogoś dysponującego
unikalną wiedzą. Kreowanie go przed ludźmi (by gdziekolwiek napotkają
na mój profil czy metryczkę, pozostali z wrażeniem kontaktu z kimś
unikalnym) i przed Google (lubiącym trudne słowa kluczowe w okolicy
nazwiska). Pewnego pięknego dnia przyjdą owoce: cytat w gazecie,
wywiad, ba - może nawet zaproszenie za szklany ekran. A przynajmniej
możliwość eksploatowania zbudowanej marki.
Jest tu sporo prawdy (polecam uwadze pragmatyczną prezentację Pawła
Tkaczyka o reputacji w sieci) ale łatwo
przesadzić. W ramach ilustracji podlinkuję ten
artykuł.
Tekst jak tekst, moją uwagę zwróciła umieszczona w prawym górnym rogu
informacja o autorze:
Trendsetter marketingu 360. Wzmacnia synergię, by w efektywny sposób
zbudować sprzedaż oraz emocje związane z marką. Ewangelista digital,
mobile, ad-game marketingu. Ambasador efektywności i procesowego
rozwoju biznesu. Aktywny w blogosferze. Pracuje w agencji phygital
marketingu - Momentum Worldwide.
Brzdęk. Proponuję krótką przerwę na wzmacnianie synergii.
Gonitwa za newsem
No i oczywiście należy się starać być pierwszym, który przekaże lub
przetłumaczy newsa. Szybko czytaj, szybko kopiuj lub tłumacz, szybko
ślij. Masz szansę, że to Ciebie wtedy będą wszyscy cytować.
Parę razy już się tym irytowałem, więc dziś zostawię. Ale polecę
uwadze tłumaczy tę poradę.
Zarobki
Dla porządku zauważmy jeszcze, że wszystko powyższe ma prowadzić
wprost do efektownych zarobków. Ci ludzie zarabiający setki tysięcy
dolarów rocznie przecież też tylko blogują. Wytrwałość, regularność,
zapał, trochę cierpliwości - i za roczek praca w kąt i dolce vita z
blogowania. Sceneria inna ale baśń o wyzwoleniu z codziennego kieratu
jest ta sama, co na spotkaniach Amwaya.
W świecie realnym polskiej sieci tych kilku blogerów, którzy wyciągają
parę tysięcy miesięcznie, jest na okrągło eksploatowanych jako wzorce
nieprawdopodobnego sukcesu. Różnie go zresztą tłumaczą, moim zdaniem
oprócz niezbędnego wkładu własnego (wytrwałość, posiadanie własnego
zdania, dobrze wybrana tematyka) duże znaczenie miało też zwykłe
bycie we właściwym miejscu we właściwym czasie.
A reszta? Reszta też nieraz pracowała uporczywie i dzielnie ale
ustawia ceny AdTaily na parę groszy i cieszy się z każdego kliknięcia
w AdSense. Ja też się cieszę, kiedyś nieopatrznie zadeklarowałem przed
żoną, że do kosztów hostingu bloga i website nie będzie trzeba
dokładać.
Jest jeszcze drugi nurt, w którym rolę guru od zarabiania na blogach
pełni Krzysztof Lis. Są to tak naprawdę gierki z
wyszukiwarką: zauważ jakiś w miarę podatny na reklamę temat,
wygeneruj trochę tekstu z właściwymi słowami kluczowymi (jakość tekstu
nieważna), od czasu do czasu dorzuć nową notkę by pozostało wrażenie
ruchu i by trzymać na bieżąco pożądane słówka, posadź Adsense,
programy partnerskie i sieci wymiany linków. Każdy taki blog
przynosi te kilkadziesiąt złotych miesięcznie, jeśli powtórzyć ten
manewr kilkanaście razy, robi się zauważalna w portfelu suma. Zabawa
jak zabawa, trochę jej nie lubię (jest to jeden z elementów, przez
które trudno coś w Google znaleźć) a w każdym razie nie zgadzam się z
nazewnictwem. To jest zarabianie na Google a nie zarabianie na
blogach.
Inwersja autorytetu
Ile razy się nad tym zastanawiam, mam wrażenie, że świat sieciowych
autorytetów stoi na głowie.
Przez całą historię ludzkości wiedza była czymś cennym, czymś o co
trzeba się było starać, szukać dostępu, zasługiwać, płacić. Nie każdy
mógł być uczniem u szamana, tylko paru zaufanym uczniom płatnerz
wyjawiał jak wykuć miecz, ludzie latami się starali o pozycje
asystentów czy sekretarzy u kupców albo właścicieli fabryk, wybitny
naukowiec długo grymasił wybierając pomocnika itd itp. Już co
najmniej trzeba było kupić książkę, a książki z wartościową wiedzą
były drogie.
W erze internetowej nie dość, że wszystko jest wykładane ochoczo i za
darmo, to autorytety uganiają się za publiką żebrząc u niej o chwilę
zainteresowania i uwagi. A tę to w oczywisty sposób demoralizuje
(strasznie ciężkie te Twoje teksty o finansach stary, jakiś filmik
zrób czy coś, bo teraz się nie da tego czytać).
No, narzekać nie będę, sam jestem w dużym stopniu beneficjentem tej
sytuacji (starczy porównać dostępność materiałów o programowaniu w
moich przedinternetowych czasach studenckich z tym co mam do
dyspozycji dzisiaj). Ale ... ciekawe kiedy i jak się to załamie.
PostScriptum
Wnioski ogólne sobie odpuszczę. W ramach szczególnych pragnę
poinformować, że niestety, nawet jeśli ktoś chciałby ze mną pogadać na
blipie, twitterze, facebooku czy naszej klasie, to nie pogada, bo nie
planuję tam bywać. A jeśli parę osób przez to nie trafi na moje
artykuły, to trudno - być może jest to ich, a nie moja strata (jeśli
nie, to nachalna promocja też niewiele by tu pomogła).
Zarazem zachęcam: jeśli komuś z Was udało się trafić na naprawdę
wartościowe i pomocne blogi czy serwisy, dajcie czasem jakiś wyraz
wdzięczności w stosunku do autora. Życzliwy email. Ciepły komentarz
pod tekstem. Drobna donacja. Publiczna pochwała (choćby na mikroblogu
czy forum). W chwili robienia rachunku zysków i strat (a na niemal
każdego autora wcześniej czy później moment takiej refleksji
przychodzi) takie drobiazgi mogą dostarczyć potrzebnej motywacji.
Zasłużyłeś na pochwałę: za przemyślane, stonowane, wyczerpujące i dojrzałe teksty. Życzę Ci tego dalej.
wiem, ze patrzac przez pryzmat tego artykulu nie zabrzmi to najlepiej, ale pozowlilem sobie wykopac :)
http://www.wykop.pl/link/254429/12-sposobow-na-promocje-porazke-bloga
Tak juz po prostu mam, ze artykuly, ktore chce komus polecic, dodaje do wykopu. Nawet jesli w artykule autor pisze ze to cienki sposob na promocje bloga (nie o to mo chodzi)
No nie, w takiej inkarnacji (autentyczny członek jakiejś społeczności z własnej woli dzieli się czymś, co mu się spodobało) to jest właśnie zdrowe i normalne. Chore jest, gdy zabieganiem o promocję na stu frontach zajmuje się sam bloger a w społeczności uczestniczy tylko po to, by promować swego bloga (zamiast bloga można też wstawić sklep, startup czy whatever).
Tekst świetny, acz mam jedną uwagę ;)
Prawdę mówiąc nie wszystko, głównie podstawy. Jednak mnogość źródeł informacji powoduje wrażenie, że publikowana jest cała wiedza z określonej dziedziny. U wielu młodocianych osobników wywołuje to wrażenie, że po przyswojeniu sobie treści paru blogów wiedzą wszystko i sami mogą zostać ekspertami. Rzadko od programowania, tam potrzebne są konkrety. Ale już wszelkie "miękkie" dziedziny wchodzą w grę. Dlatego w ostatnich latach mamy wysyp ekspertów od blogowania, użyteczności, promocji w Internecie oraz działań w serwisach społecznościowych. Pojawia się też coraz więcej architektów informacji, choć tak naprawdę większość z tak siebie nazywających nie do końca odróżnia tę dziedzinę od kilku pokrewnych. Listę dziedzin można ciągnąć długo. Niestety...
Co do autorytetów -- mam wrażenie, że te prawdziwe o zainteresowanie nie zabiegają. Jest natomiast spore grono "autorytetów", które o zainteresowanie się bije. Pisałeś o wpisach gościnnych -- to część z takich działań. Można się wzajemnie popierać w komentarzach, linkować do tekstów kolegów etc. Dzięki temu można szybko dorobić się referencji i uznania od autorytetów.
Bo to i takie "autorytety"... Dawniej trzeba było się czymś wykazać, by zostać autorytetem. Czeladnik stolarza musiał zgłębić wiedzę oraz zaprojektować i zbudować ładny mebel, żeby zostać mistrzem i samemu mieć czeladnika. Aby zyskać sławę, musiał produkować meble doskonałej jakości, czyli musiało coś po nim zostawać.
Dziś nie trzeba wykazywać się stworzeniem czegoś konkretnego. Ba, często wystarczy jedynie być znanym. A jak być znanym, opisałeś wyżej :)
No i zjadłeś mi z jeden pomysłów na przyszły artykuł ;-) Oczywiście masz bardzo dużo racji.
Różnie. Na przykład ludzie pracujący w marketingu chyba powoli zaczynają mieć przymus zdobywania popularności w social-webie, jak nie jesteś popularny na fejsbuku i twitterze i nie masz w miarę poczytnego bloga, to pewnie kozia trąba z Ciebie a nie marketer. To samo może zacząć dotyczyć dziennikarzy, aktorów a może nawet polityków. A informatyków - gdy potrzebują promować swoje projekty.
Jak jesteś o dwa rzędy wielkości lepszy od konkurencji to i tak wypłyniesz ale jak - realistyczniej - jesteś na zbliżonym poziomie do konkurencji, to zaczyna się liczyć buzz.
A tam zjadłem, narobiłem innym smaku. Zresztą sam też chętnie przeczytam, nie będę musiał sam pisać ;)
Mam wrażenie, że to efekt rozliczania z wyników pracy. Produkty są takie, jakie są, a marketing musi się czymkolwiek wykazywać. Skoro sprzedaż idzie ciężej, to przynajmniej można komuś pokazać kilkuset obserwujących, fanów czy co tam w danej społeczności jest dostępne.
Powiem więcej -- nawet jak jesteś lepszy, to w polskich realiach liczy się głównie buzz. Albowiem w wielu przypadkach wynajmujący / zatrudniający rzadko mają pojęcie, kogo tak naprawdę potrzebują. Równie rzadko, jeśli nie rzadziej, wiedzą czego chcą. Dlatego szybciej znajdą lansującego się partacza, niż nielansującego się profesjonalistę.
Drzewiej działał jeszcze system referencji, ale i on zaczyna działać coraz gorzej. Zresztą poniekąd do tego przyczyniają się serwisy takie jak GoldenLine czy LinkedIn. W zamierzeniach rekomendacje tam prezentowane powinny wskazywać na fachowców, w praktyce kilkanaście czy kilkadziesiąt współpracujących osób łatwo może sobie "napompować papiery".
Pozwole sobie zacytowac, uslyszana w radio wypowiedz (dotyczaca co prawda swiatka muzycznego ale swietnie tu chyba pasuje) pewnego "starego" polskiego muzyka metalowego:
A w sieci to juz to w ogole stoi na glowie :-)
Co do akapitu "Aktywne blogowanie". Naprawdę takie rady sprzedaje się nowym blogerom? Przecież to chore. Ja od niedawna prowadzę bloga, bardziej dla siebie, ale nie ukrywam, że publika motywuje. Nie wyobrażam sobie bym wrzucał na bloga jakieś linki, video, a tym bardziej, o zgrozo, przepisane z innych serwisów informacje! Cytować owszem, ale jaki jest sens przepisywania całego tekstu. Nie rozumiem tych ludzi. Tym bardziej nie rozumiem ich czytelników, którzy na taki chłam się łapią. Ach właśnie - twój tekst znalazłem dzięki blipowi :)
OK, przyznaję się do wrzucenia linku na Blipa ;)
No, ja na wiele takich napotkałem i miałem po tym niezły mętlik w głowie. Pamiętam, że pomógł mi otrzeźwieć ten tekst Pavliny, a trochę później też ten Manna.
To właśnie jest właśnie wartościowy blog - dlatego kliknąłem w reklamkę.
BTW, po co są te kolorowe ikonki pod wpisem? ;)
Dziękuję za intencję, z drugiej strony jeśli Cię zupełnie nie interesowała, to nie zachęcam - za te kliki ktoś z drugiej strony płaci i zasługuje na "prawdziwy" ruch. Innymi słowy: dodanie sajta do wyjątków w adblocku i zezwolenie oku na łypnięcie po reklamach - fajne; klikanie w nieciekawe reklamy tylko by wesprzeć stronę - niefajne.
Patrz odpowiedź na komentarz Konrada.
PS W sumie ... powinienem chyba wyrzucić ikonkę flakera, na nim dość często przesiaduję i w naturalny sposób sam promuję swojego bloga. Ale zostawiam ją także trochę w celu promocji flakera, by pokazać, że traktuję go jako serwis nie mniej ważny od blipa.
Masz rację z tym klikaniem tylko dla klikania (zarobku) - ale akurat było coś z fotografii, to kliknąłem (choć kontekstowość wyświetlanych reklam dość marna).
Czytając "PS" do wpisu odniosłem wrażenie, że z zasady ignorujesz "tweety", a tu niespodzianka - przesiadujesz na flakerze. Nie dziwię się, bo sam zacząłem bywać na blipie, a kiedyś wydawało mi się to idiotyzmem. No ale, kurka wodna, w jaki sposób ludzie maja trafić na stronę, bloga, czy cokolwiek innego? Bez podania linka nie trafią!
A co do kopiowania/tłumaczenia treści 1:1 od innych, to moim zdaniem nie ma sensu. Koniec końców to i tak czytelnik trafi do źródła i właśnie je sobie "zabookmarkuje".
Całkiem sympatyczne miejsce, by sobie luźno pogadać, polecić linka, zadać pytanko czyktośabyniewie, wrzucić zabawny obrazek czy pochwalić ładną piosenkę. Wybrałem go (a nie blipa czy twittera) ze względu na dobrą obsługę wiązania dyskusji - na flakerze są komentarze do wypowiedzi, jeśli komuś coś odpowiem a on mi, pozostaje to powiązane w całość.
Ideałem byłoby, gdyby trafiali dzięki poleceniu innych czytelników....
Oczywiście jakoś trzeba to w ogóle zacząć i ja nie wyśmiewam idei wrzucania linków na mikroblogi czy fora jako takiej tylko sugestie gonienia stu społeczności naraz.
Tak w ogóle, zdradzę sekret - w przypadku mojego bloga zdecydowanie największą rolę promocyjną sprawiło zareklamowanie paru postów na osnews (tj. de facto linuxnews). Oczywiście - ze względu na tematykę. Flaker też działa ale raczej wtórnie - po prostu nawiązałem tam trochę znajomości i biorę udział w rozmowach, więc obserwujący mnie zwracają z rozpędu uwagę również na posty... Z kolei najbardziej spektakularnym rozczarowaniem był chyba blogbox, cały skomplikowany proces zgłaszania bloga, ubiegania się o głosy itd, a w efekcie jakaś absolutnie znikoma ilość odwiedzin.
"Wytrwałość, regularność, zapał, trochę cierpliwości - i za roczek praca w kąt i dolce vita z blogowania. Sceneria inna ale baśń o wyzwoleniu z codziennego kieratu jest ta sama, co na spotkaniach Amwaya."
Świetnie napisane :D i b.dobry tekst. Będe tu częście zaglądał. Pozdrawiam, Marcin
"Sceneria inna ale baśń o wyzwoleniu z codziennego kieratu [...]" Tylko czy przypadkiem w tym momencie blog nie staje się tym "codziennym kieratem"
Ale jakim przyjemnym ;-)
Zresztą, w dobrej baśni zawsze jest mocny akcent o dochodzie pasywnym. Tu: o momencie, gdy już nawet prawie nic nie piszę a i tak blog przynosi krocie.
"Dochód pasywny" to moja ulubiona część tego typu wywodów. Młodzież czyta książki wyprodukowane po to, by na nich zarobić, a nie by przekazać wiedzę. Szprycują się przekazywanymi tam "mądrościami" i ślepo wierzą w ich prawdziwość.
Niestety, wyjątki potwierdzają regułę -- na sukces trzeba zapracować. Najczęściej regularną i ciężką pracą. Jednak młodym wydaje się, że można iść na skróty i tą drogą coś osiągnąć...
dzięki wielkie za ten tekst, miło wiedzieć, że są podobnie myślący ludzie.
Próbowałem kilka razy zintensyfikować swoją obecność w mikroblogach i promować się aktywniej gdzie popadnie, ale efekty były mizerne
Nie wykluczam oczywiście dość prawdopodobnej przyczyny - i chyba nikt nie powinien jej wykluczać - że moje blogi i wpisy są po prostu za słabe, poniżej średniej, aby zainteresowały szerokie grono. Dopiero kiedy jesteśmy pewni swojej jakości powinniśmy wg mnie myśleć o promocji :).
imho jeśli nie pracuje się nad blogiem na pełen etat, albo chociaż 1/2 to nie ma to większego sensu - chyba że nasza nisza nie jest jeszcze mocno obstawiona przez autorów a odbiorców jest sporo.
Cóż można dodać więcej. Zastanawia mnie tylko fakt,czy ten post nie jest swojego rodzaju "viralem". Blogi zagraniczne jasno stawiają sprawę . Zrób "hate speech", zrób listę, linki się same znajdą. Widać po ilości komentarzy, że to działa.
Czytam z przyjemnością, podoba mi się szerokie spojrzenie, wyważone sądy i styl :) Będę wracać. Pozdrawiam Anna
Najważnieszy fakt jest taki, że trzeba się strasznie dużo napracować, żeby osiągnąć jakikolwiek efekt. A duży sukces to sprawa lat pracy codziennie i bez wakacji. A metody zmieniają się za kazdym razem, gdy google zmienia zasady wyszukiwania.
Bardzo ciekawie napisane, wiele z tych elementów stosuję od dawna i potwierdzam, że się sprawdzają.
dobry i trafiony tekst