Spotkania biznesowe. Rytuał, obyczaj, metoda, narzędzie.
Był czas, gdy byłem podekscytowany i przejęty. Szansa, by posłuchać (z czasem i podyskutować) o ważnych dla zespołu czy firmy kwestiach.
Był czas, gdy desperacko unikałem.
Dziś znowu widzę, że są potrzebne. O trudnych czy przełomowych sprawach
trzeba powiedzieć, nie wystarczy napisać - tak już chyba jesteśmy
skonstruowani.
Ale bardzo często wychodzę z poczuciem głębokiego niedosytu.
Mane, thekel, fares
Nie mam śmiałości podawać recept na udane spotkanie. To jest trudna
sprawa i nie czuję się tu autorytetem, ja zwykle uczestniczę, a nie
prowadzę.
Rozpoznaję za to wyraźnie parę zachowań, które niemal zawsze prowadzą
do nieudanej, męczącej rozmowy, po której rozchodzimy się z świadomością zmarnowanego
czasu i pustymi rękami.
Ściana laptopów
Ważne, biznesowe spotkanie. Przyszedłem chwilę przed
czasem, usiadłem, wyjąłem notes. Weszły dwie osoby, rozłożyły przed
sobą laptopy. Potem następne trzy, to samo. I jeszcze jedna. Zacząłem
się zastanawiać, czy trafiłem na jakiś sprint programistyczny,
spotkanie graczy, czy może mam unikalną szansę na biurowy Linux
Installfest.
Coraz częstsza plaga.
Nie widziałem jeszcze osoby, której rozłożony przed nosem laptop choć
trochę by nie rozpraszał. Nie ma żadnego powodu, nie są potrzebne
żadne dane, nic nie jest notowane - a i tak ręka muska touchpad, by
wyłączyć wygaszacz ekranu, oko zerka na tytuł przychodzącego maila,
sama z siebie odpala się przeglądarka.
Efekt? Udział na pół gwizdka. Rozłożony laptop to zdecydowana, jasna
deklaracja: to spotkanie nie jest warte całego mojego czasu, całej
mojej uwagi.
Dodatkowo, rozłożone ekrany tworzą wyraźną fizyczną barierę. Czasem
wydaje mi się, że mają stanowić kryjówkę.
Nieuczestnicy
Jeszcze dalsza faza. Ktoś coś opowiada albo trwa dyskusja - a
parę osób bawi się smartfonami, czyta jakieś papiery, nawet
bezpośrednio łomocze w klawiatury laptopów.
Wersja optymistyczna: osoby te zostały zmuszone do udziału, choć
spotkanie ich w żaden sposób nie dotyczy i nie interesuje - i jest to
swoista forma protestu.
Zdarzało mi się tak zachowywać i się tego wstydzę (dla
zainteresowanych uczestników jest to bardzo uciążliwe). Ma ta
metoda pewną skuteczność ale otwarte odmówienie udziału
jest zwyczajnie uczciwsze.
Wersja poważniejsza: spotkanie obejmuje sześć odległych tematów,
nieuczestników dotyczyć będzie ostatni, do poruszenia za dwie
godziny, a zebrano to do kupy ze względu na - np. - osobę prezesa.
Jednorazowo nie jest to jeszcze wielki problem, gdy ma miejsce
regularnie, buduje mocne poczucie wasz czas jest nieistotny, waszą
pracę można marnować (w szczególnym dysonansie z ewentualnymi apelami
o wytężony wysiłek, tak ważny dla firmy).
Czasem jest jeszcze inaczej: nieuczestnika nikt nie zmuszał do
udziału, temat spotkania był znany i go nie dotyczy ale ... bał się
nie przyjść. Bo niby ma być mowa o odświeżeniu firmowego
serwisu webowego ale parę tygodni temu podobna dyskusja nagle
skręciła w debatę o wymianie systemu bazodanowego.
To jest powód, dla którego spotkania nie powinny wykraczać
poza wstępnie ogłoszony temat.
Nikt nie notuje
Ustne uzgodnienia bywają bardzo ulotne.
Dobrze się rozumiemy, wpadliśmy na ciekawe pomysły, ułożyliśmy
plan... Jeżeli nikt tego nie zapisał, za miesiąc spotkamy się
ponownie i zaczniemy od punktu wyjścia.
Nauczyłem się na wielu przykładach: jeżeli na temacie spotkania mi
zależy, muszę zrobić po nim notatkę (albo upewnić się, że ktoś inny ją
zrobi). Żaden piękny dokument - wystarczy (i działa najlepiej) zwykły
prosty tekst (e-mail, zgłoszenie, strona wiki - zależnie od
stosowanych form). Krytyczne jednak jest, by pojawił się w ciągu kilku
godzin od zakończenia spotkania, w najgorszym wypadku następnego
dnia - póki wszyscy dobrze pamiętają treść rozmowy. I by otrzymali go
wszyscy aktywni uczestnicy.
Ważny wyraz szacunku ze strony organizatora.
Większość uczestników się spóźnia
Właściwie nie wymaga komentarza.
Robi się z tego pętla. Jeśli przyszedłem na czas, a następnie czekałem
20 minut, na drugi raz przyjdę spóźniony o kwadrans.
Nie ma agendy
Jeśli nie ma jasno określonego tematu, nie wiadomo o jakich
sprawach mamy rozmawiać i ile na którą poświęcić, to będziemy
dyskutować o chaotycznie przypominających się komukolwiek
tematach, a rzeczy trudne i ważne zapewne pominiemy.
Jeśli nie wiadomo, czy ma być to wykład, czy otwarta dyskusja, to
powstanie bałaganiarska hybryda.
Gdy nie ma ram czasowych, bardzo łatwo czas marnować.
Czasem da się zrobić porządny plan, czasem nie. Absolutne minimum to
podana na wstępie wyraźna informacja, jaki jest cel spotkania i ile
będzie ono trwać.
W sali jest ponad 10 osób
To nie do końca prawda, wykład (czyli spotkanie informacyjne) można
poprowadzić i dla sporej grupy - ale jeśli ma mieć miejsce jakiś
schemat otwartej dyskusji, w kilkunastoosobowym gronie rozmawiać się
po prostu nie da. Parę najaktywniejszych osób zdominuje rozmowę a inni
będą czatować na okazję, by się odezwać. Albo i nie.
Jak się parę razy przekonałem, całkiem fajnie może
zadziałać podział na mniejsze grupy z późniejszym relacjonowaniem
efektów pracy.
Najbardziej produktywne spotkania to te w gronie trzech-czterech osób.
Fajne i trafne.
Raz czy dwa zdarzyło mi się uczesniczyć w większej grupie i dyskutować na dany temat (Spotkanie u dużego klienta), faktycznie ciężko było dość do spójnych ustaleń, kiedy w dyskusji bierze aż 10 osób.
Pamietam jednak, że wówczas posługiwałem się jak zawsze komputerem i aplikacją do mapownia myśli (Mind map). Komputer był połączony do rzutnika i każdy widział o czym dyskutowaliśmy, dało to choć tyle, że nikt się nie powtarzał i miał przed oczami to co na bieżąco ustaliliśmy. Mimo to nie udało się dość do sensownych rozwiązań. Każdy miał swoje 5 groszy. W mniejszej grupie było by chyba efektywniej.
Do pracy w małych grupach też używam mapy myśli i razem z klientem ją budujemy (przy użyciu laptopa) co daje bardzo pozytywne rezultaty. 1. Mam od razu wszystko w komputerze. 2. Mogę łatwo podzielić się z klientem naszą wspólną notatką 3. Klient odnośi dobre wrażenie, zwłaszcza taki który nie zna tej metody notowania. 4. Łatwo wrócić do takiej notatki i ją modyfikować oraz rozbudowywać.
Dlatego używanie laptopa - czemu nie, ale tylko jako wspólną tablicę, tak by wszyscy widzieli co się dzieje na ekranie.
Hmm, kolektywnie malowana mindmapa brzmi interesująco, muszę kiedyś spróbować.
(Takiego zastosowania w artykule nie tępię, podobnie jak np. używania laptopa do pokazania prezentacji)
Co do laptopów, to zgadzam się z autorem, choć pewnie wiele zależy od branży... W kwestii map myśli, nigdy ich nie stosowałem ale widziałem reakcje ludzi jak podczas spotkań tworzył je mój kolega, albo znali tą metodę albo reagowali z zaciekawieniem. W każdym bądz razie bardzo pozytywnie.