Firmy reagujące tak na zgłaszane uwagi zwykle postrzegają się jako
profesjonalne. My zawsze pod krawatem. Organizacja, porządek i
dyscyplina.
A ja czuję, że się odbiłem od ściany.
Wartościowe?
Czy uwagi użytkowników są do czegokolwiek potrzebne?
Różnie bywa. Zdarza się, że głęboko wpływają na kształt serwisów
(przypomina mi się Flickr ewoluujący pod wpływem swych
użytkowników z mającego wspierać sieciową grę chatroomu do platformy
publikacji i oceny fotografii) - ale to jednak ewenement. Częściej
dotyczą ważnych detali - rzeczy niepozornych ale znacznie
wpływających na odbiór usługi.
Nieraz - prawdę mówiąc - odkrywcze nie
są, z opiniami iż powinno być taniej (a najlepiej za darmo), szybciej
i bardziej niezawodnie na czele.
Muszę w tym artykule przypomnieć Wojtka, lobbującego niegdyś o
wprowadzenie w inteligo druczka wpłaty. Ostatecznie to on
pozbierał formalne wymagania, podrzucił przykłady, doradzał
usprawnienia, prawdę mówiąc - może się czuć autorem
tej funkcji. Sprawa niszowa, potrzebna tylko wybranej grupie - ale
dla niej ważna.
Najcenniejsze w tym wszystkim wcale nie są jednak pomysły, nawet te
dobre.
Zaangażowanie
Zadzwonienie z uwagą, wysłanie maila z pomysłem, wypełnienie
formularza kontaktowego - jest wejściem w dialog. To samo z siebie już
jest pewnym ewenementem, bardzo często ludzie siedzą cicho nawet
wobec ważnych problemów.
Jeśli ten dialog zostanie podjęty, powstaje konkretna więź. Nawet gdy
właściwa odpowiedź jest negatywna, rzeczowo i prawdziwie tłumacząc jej
powody da się wygrać czyjąś sympatię. Na forach supportowych,
grupach dyskusyjnych czy serwisach społecznościowych nieraz można
spotkać pretorian, gorąco promujących jakieś firmy czy serwisy,
udzielających innym pomocy. Bardzo często są to osoby, które
zaczynały od uwag, skarg czy nawet pretensji - i zostały rzeczowo
wysłuchane.
Przypomina mi się sytuacja sprzed paru lat, z jednego z serwisów
szachowych. Pełen pretensji gracz, narzekający na błędy, powolność,
braki funkcjonalne. Narzekający często, niezbyt uprzejmie, namolnie,
u wielu osób budzący irytację.
I administrator - cierpliwie
odpowiadający, tłumaczący swoje problemy i ograniczenia, okazujący
uwagę.
Gracz ten nie tylko pozostał wiernym użytkownikiem i angażował się w
animowanie rozmaitych aktywności ale nawet dość poważnie wspierał
serwis pieniężnie.
Jeśli dialogu nie ma, nawet gdy dana uwaga ostatecznie zostanie
wysłuchana, pojawia się poczucie bariery. Ja tu, oni tam, ściana
między nami. Mogę docenić profesjonalizm ale nie poczuję sympatii.
Będę korzystać póki będzie mi to wygodnie ale odejdę bez większego
wahania. Docenię zalety ale nie będę angażować swojego czasu czy energii
we wspieranie czy promowanie.
Jeden procent
Zaangażowani czy nie - to przecież tylko niewielki ułamek, nawet nie
procent.
Tylko - to jest właśnie ten aktywny jeden procent. Ludzie kształtujący
opinię, angażujący się w inicjatywy, dzielący swoją wiedzą i doświadczeniami.
Ludzie, na których inni patrzą.
Relacji z nimi nie da się zbudować jedną akcją, nawet gdy moda na to na dobre przyjdzie.
Ważenie i mierzenie
Po co rozpatrywać jakieś jednostkowe przypadki? Przecież są badania,
panele, ankiety, testy. Można je prowadzić na metodycznie
wyselekcjonowanej grupie, analizować dobrze zaplanowane zagadnienia,
dostarczać dobrze opracowanych danych wtedy, gdy są potrzebne.
Miewają takie badania absurdalne oblicza. Rozbudowane klasyfikacje
oparte o totalnie nieistotne kryteria (ach, nasz serwis lubi 37%
internautów z miast milionowych a tylko 34% z miast 500-tysięcznych);
pytania, których 80% pytanych nie rozumie i odpowiada losowo
(powiedzmy - o plany inwestycyjne); wykrywanie oczywistości (znikome
zainteresowanie emerytów netbookami); pytania z jedną dobrą odpowiedzią
(93% ankietowanych popiera ochronę środowiska); ... Duża sterta
słupków, wykresów i tabelek, z których absolutnie nic nie wynika.
Daruję już sobie dyskusję o liczeniu odsłon i klików - pozornych
miarach, zapatrzenie w które wprost prowadzi np. do promowania
onetowych komentarzy. Najlepiej ich wartość ilustrują
takie
albo takie inwestycje.
To jednak tylko gęba. Mądrze zaplanowane i przeprowadzone ankiety,
testy czy pomiary potrafią dostarczyć kapitalnych informacji, od spraw
bardzo grubych (kluczowe potrzeby klientów, najważniejsze obszary
rozwoju, potrzeby doprecyzowania tożsamości firmy) po drobne (poprawa
używalności konkretnych ekranów, wybór estetyki, dostosowanie języka
stosowanego w komunikatach czy tekstach pomocy).
Ale nie wystarczą.
Zauważyć tak można problemy, nie ich rozwiązania. Da się coś wybrać
ale nie odkryć. Można reagować, nie inspirować.
Statystyka jest zawsze wycelowana w średnią, kreatywne idee - i te duże,
i te małe - mają jednostki.
Sprawa wcale nie dotyczy tylko korporacji. Ludzie śmiejący się z
tradycyjnych marketerów sami potrafią zaciekle liczyć przyjaciół na
N-K lub facebooku albo followersów na twitterze, flakerze lub
blipie, a tematy artykułów wybierać przy pomocy Google Analytics.
Przez wiele polskich blogów przewinęły się ostatnio ankiety dla czytelników,
z których gros nieodmiennie opierała się o pytania w jak dużym mieście
mieszkasz, ile masz lat, jakiej jesteś płci, ile zarabiasz i gdzie pracujesz, zwykle
na tym się już kończąc (pozytywnie wyróżnił się
mediafun, pokazujący konkretnymi, tematycznymi pytaniami
prawdziwe zainteresowanie opiniami czytelników).
Na usługach
Dla pewnego wyrównania - inny szachowy obrazek. Jeden ze znanych mi
administratorów bardzo chce dbać o klientów. Aktywnie zbiera uwagi, zawsze odpowiada, stara się wprowadzać wszystko, o co ktokolwiek
poprosi.
Efektem jest serwis, w którym ta sama opcja powtarza się w czterech
różnych menu (dla X-a była ona naturalna w Graj, dla Y-a w
Turnieje, dla Z-a jeszcze gdzie indziej), ta sama tabelka wygląda
zupełnie inaczej zależnie od tego, którędy się do niej dotrze, sporo
jest niszowych ekranów czy formularzy z których niemal nikt nigdy nie
korzysta. Razem sprawia to wrażenie sterty funkcji chaotycznie
nawrzucanych na kupkę a nie przemyślanej całości.
Tak się nie da. Klient czy użytkownik nie zaprojektuje serwisu za jego
właściciela, to nie jest jego rola. Może dostarczyć ciekawych pomysłów
ale nie wizji. Może informować o bolączkach ale nie ustalać priorytety.
Powinien inspirować, nie kierować.
W szczególności, często użytkownik wskazuje istotny problem,
podsuwając zarazem niewłaściwe rozwiązanie. To zresztą dotyczy
wielu różnych interakcji. Jak ja lubię, gdy klient zamiast
powiedzieć o co chodzi, przysyła mi projekt zmian w bazie danych
i nowych schematów komunikacyjnych.
Inne zawody
też niezbyt lubią.
Nie tylko o nas
Artykuł był o otwartym rozmawianiu na temat usprawnień czy problemów.
Warto pamiętać, że to wcale nie wyczerpuje treści ewentualnej komunikacji.
Wielkie wrażenie zrobił na mnie ostatnio ten niepozorny komentarz.
Fragment na zachętę:
The painful, least-effective way
to “build community” is to hire a Community Manager who tries to
connect users with the company. Far quicker/better to hire a
“Director of Kicking Ass” whose sole job is to help users get
better and better at whatever it is you can help them do, and to
connect users to other users who share that passion and can help.
Some community managers appear to have a strategy modeled after: “Get users to want to party with you.” More sustainable (and do-able) might be: “Give users a reason to party… without you”
Autorką jest Kathy Sierra, autorka bloga Creating passionate
users. Niestety, już go nie prowadzi - ale bardzo polecam
archiwalne artykuły. Także ten.
Na wstępie chcę powiedzieć, że od dawna czytam twój blog. Ten artykuł jest po prostu świetny. Dla mnie bardzo wartościowy. Chciałem byś o tym wiedział ;).
Dziękuję.
PS Taka opinia bardzo cieszy ale zarazem bardzo stresuje. Niełatwo potem napisać jakąś lekką notkę, poprzeczka wisi wysoko.