O motywacji rozpisywałem się już parokrotnie (min. pisząc o pracy na sztukę, o tym co jest fajnego w informatyce czy o tym po co się chodzi do pracy). Temat jakoś mocno mnie męczy, może dlatego, że sam swoją motywację muszę odbudować...
W każdym razie, dzisiaj nie będę się rozpisywał, za to wkleję filmik.
Subskrybuj



Co do presji to mam podobnie, bardzo się zdziwiłem jak rozmawiałem ostatnio ze znajomym. Im więcej do zrobienia i większa presja tym mniejsza ochota do pracy do tego stopnia, że człowiek zaczyna się po prostu obijać.
Jedni mają ujemne sprzężenie zwrotne (stres ich motywuje) a inni dodatnie (komfort pracy napędza) najwyraźniej należymy do tej drugiej grupy.
Też to często odczuwam ale to, jakby rzec, nic nowego (przynajmniej dla mnie). Natomiast nigdy nie próbowałem zbyt mocno łączyć występowania (lub nie) takich reakcji z rodzajami realizowanych zadań - a patrząc teraz wstecz tą korelację dość wyraźnie widzę. Włącznie z swoistym poczuciem ulgi, gdy trudną koncepcyjną pracę przerywano mi koniecznością pilnego zrobienia jakichś durnot - w których stres nie przeszkadza, można lecieć naprzód bez wahania.
Więc może to nie tyle sprawa należenia do tej czy innej grupy ale po prostu borykania się z trudniejszymi, mniej rutynowymi zadaniami...
a nie jest to tak, że kiedy mamy czas to jakby sami wyznaczamy terminy i kolejność i cele są bardziej nasze - a spełnienie swoich własnych celi daję największą frajdę i zadowolenie. Przynajmnniej ja tak sobie mówię i łatwiej się robi. A kiedy czas goni to... no właśnie gdzie tu sobie wmówić, że dla sami sobie cel daliśmy...
Ważnej sprawy dotknąłeś.
Uważam, że te recepty z dawaniem ludziom czasu na robienie co tylko chcą, uciekają w bok od kluczowego problemu: jak zbudować zaangażowanie do prac które ktoś musi.
I, tak jak piszesz - można je oswajać. Nieraz umiałem budować w sobie autentyczne zaangażowanie do narzuconych zadań, zbliżone do tego z jakim robiłbym coś autorskiego, w efekcie uważałem je za swoje.
Ale im bardziej formalny proces, im bardziej ścisły harmonogram, im więcej presji... - tym o to trudniej. Zresztą, tą więź można psuć na wiele różnych sposobów (trochę się próbowałem nad tym zastanawiać tutaj).
Dawanie czasu na pewną swobodę ma na celu - moim zdaniem - nie budowanie motywacji do zadań które "ktoś musi". To jest zupełnie niezależne. Służy zarówno do poprawy atmosfery i samopoczucia (może pośrednio też ważne w zadaniach "ktoś musi") ale przede wszystkim pozwala wyciągnąć potencjalnie użyteczne kwestie na światło dzienne bez_narzutu na zebrania, decyzje, myślenie nad przydziałem zasobów i gdybanie. Ot, w najgorszym razie takie nieformalne "studium wykonalności". To jest moim zdaniem główny zysk. Różnica pomiędzy "co by było gdyby" a "co zrobić z tym co wyszło" jest jakby...zasadnicza.
Moim zdaniem zupełnie nie ma to związku z problemem "ktoś musi".
Ja uważam, że się mocno wiąże.
Z pozytywnej strony: co zrobi typowy programista, gdy dostanie trochę luzu? Owszem, ktoś tam zacznie pisać gmaila, ktoś inny miło spędzi czas pozorując aktywności ale bardzo wiele osób zajmie się swoim normalnym poletkiem - robiąc od dawna upragniony porządek w kodzie, dodając jakąś drobną samodzielnie wymyśloną funkcję, usuwając "niekrytyczny" dla zewnętrznego świata a bolesny dla autora błąd, budując pomocnicze narządko, prokurując proof-of-concept dla jakiejś zmiany podejścia... A potem możemy mieć sprzężenie zwrotne - ten kod staje się już bardziej własny, przybywa chęci do codziennej orki.
Z negatywnej: jak się zachowuje ktoś, kto czuje się wyłącznie zbiorem roboczogodzin rzucanym na pilne odcinki prac od-do? Ano, zamienia się w golema. Każde zadanie musi być ściśle i do szczegółu opisane a najdrobniejsza wątpliwość daje świetny pretekst do szukania konsultacji. Każdy problem (choćby techniczny) dający alibi do zawieszenia pracy jest mile widziany. Rządzą copy -paste i inne mechanizmy najmniejszego oporu.
Z tym się całkowicie zgadzam (i nieraz to eksploatowałem).
Ciekawy temat.
Diabeł jak zwykle tkwi w założeniach: wykład jest o autonomii, a ta niepokojąco idzie w parze z "syndromem studenta". Sama się ciągle przyłapuję na oddawaniu projektów semestralnych pod sam koniec sesji, kiedy powinnam się uczyć do egzaminów, a laboratorium mieć dawno z głowy.